O Ojcu Pio niewiele słyszałam, a do
wydawanych publikacji nie przykładałam większej wagi. Chociaż, gdy dowiedziałam
się, że jest szansa wyjazdu na wycieczkę do Campomarino, a stamtąd na Półwysep
Gargano i do San Giovanni Rotondo, do klasztoru Ojca Pio, to szybko
skorzystałam z tej możliwości.
Czekałam na ten wyjazd nie tylko z
ciekawością, ale również z potrzebą odwiedzenia grobu Ojca Pio, zwłaszcza że
był to październik Roku Jubileuszowego.
Już sama podróż z Termoli wprawiła mnie w
zachwyt. Jechaliśmy dość długą autostradą nad morzem, tu i ówdzie wyłaniały się
szczyty skalistych gór, poszarpane i przetykane lasami, czasem przez okno
widziałam małe osady i miasteczka. Nad górami, w które wjeżdżaliśmy, już z daleka
widać było gęste czapy chmur, a wkrótce spadł deszcz. Zbliżaliśmy się do San
Giovanni Rotondo.
San Giovanni Rotondo – jak wiele miast z
aurą cudowności – nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia, chyba z powodu
nadmiaru sklepików i straganów z dewocjonaliami – z czego tu się żyje. Wszystko
nosiło znamiona Ojca Pio, czasem św. Michała Archanioła – od słodyczy, poprzez
widokówki, obrazy i obrazki, do różnych, nawet naturalnych rozmiarów figur Ojca
Pio.
To, co zobaczyłam po wyjściu z autobusu,
urzekło mnie i przeraziło. Największym zaskoczeniem był zwarty tłum pielgrzymów
wpuszczanych grupami do kościoła na Mszę Świętą – była to bowiem niedziela.
Weszła i nasza grupa. Każdy zajmował miejsce, gdzie mógł. Wielojęzyczne śpiewy
świadczyły o tym, że pielgrzymi przybyli nie tylko z różnych regionów Włoch,
ale także z zagranicy. Przy ołtarzu w nowej bazylice ukazał się zakonnik, przez
strój i zarost upodobniony do Ojca Pio. Z uwagą patrzyłam na jego ręce –
wydawało mi się, że go znam – ale przecież wiedziałam, że przyjechałam do grobu
Ojca Pio.
Po Mszy Świętej zaczęłam się rozglądać i
odnalazłam wyjście na zewnątrz. Niekończąca się kolejka przeraziła mnie.
Poszłam więc w kierunku Drogi Krzyżowej. Samo jej usytuowanie sprawia, że budzi
podziw i respekt. Razem z koleżankami doszłyśmy aż na szczyt, gdzie postać
Chrystusa, jakby ukrzyżowanego, a już zmartwychwstałego, przyciąga uwagę
pielgrzymów. To ruchliwe miejsce, w którym wiele osób robi pamiątkowe zdjęcia,
mimo wszystko – podobnie jak cała Droga Krzyżowa – zachęca do refleksji, a
zbocza góry, jakby „spływającej ku świątyni falą pielgrzymów, a szczytami
tkwiącej w tym, co Boskie”, budzą zachwyt i pokorę.
Schodząc w dół z podestu, na którym stoi
posąg Maryi z Dzieciątkiem, przyglądałam się kolejce oczekujących na wejście do
podziemi i przejście w modlitwie do grobu Ojca Pio. Nadszedł czas, abym i ja
przyłączyła się do nich. Tak bardzo chciałam tam już być, że tylko większe
obrazy i eksponaty zwracały moją uwagę.
Wreszcie kaplica, w niej skromny sarkofag,
na nim wiele kwiatów, a wokół – za metalowym ogrodzeniem – kartki z prośbami,
podziękowaniami, ofiarami, nawet zdjęcia i wota. Cisza, skupienie, modlitwa.
Nogi same zginają się by uklęknąć, lecz nie ma miejsca. Przywarłam głową do
balustrady, modliłam się, dziękując za to, że Bóg dał mi tę łaskę, aby dotykać
owych świętych miejsc i że spełniło się moje pragnienie. Tu też obudziła się
myśl żalu, że tak mało wiedziałam o tym świętym człowieku i środowisku, w
którym żył. Modliłam się o wiarę i przemianę serca, o rozpoznanie celu życia
oraz woli Bożej z nadzieją, że Ojciec Pio mi w tym pomoże. Nawet nie wrzucałam
kartki, bo przecież wiedziałam, że On odgaduje myśli, także te
niewypowiedziane.
Przesuwając się wraz z grupą pielgrzymów,
dotarłam do ołtarza, przy którym ten święty Zakonnik sprawował Eucharystię. Po
chwili refleksji – poszłam dalej, by zobaczyć
jeszcze miejsce w chórze, wzruszającą swoją prostotą celę zakonną i mały
kościółek, w którym obecnie chodzi się po zakrytej szkłem posadzce, gdzie stoi
stary konfesjonał, przy którym, „jakby oczyma duszy”, widziałam ludzi oczekujących
w długiej kolejce na sakrament pokuty. Oglądałam ustawione w gablotach naczynia
liturgiczne, Mszał, Pismo Święte, Brewiarze, których dotykały ręce Stygmatyka,
z których się modlił, a także białą szatę ze śladami jego zaschniętej krwi. W
bazylice jest też gablota z jego habitem, wota i podziękowania za opiekę,
uzdrowienia i nawrócenia. Wszystko tu tchnie jego obecnością, jego miłością i
niemal czuje się jego przenikliwy wzrok.
Po obejrzeniu galerii dzieł plastycznych
związanych z życiem Ojca Pio i ogromnej, dopiero budowanej świątyni o
zadziwiającej architekturze, po zakupieniu pamiątek i zrobieniu zdjęć, mogłam
na krótko przycupnąć w słońcu na jednej z ławeczek. Następnie podziwiałam
wyjątkowy kompleks szpitalny – Dom Ulgi w Cierpieniu. Pewnie zachwycałabym się
dłużej, ale zaczął padać ulewny deszcz, a wiatr szarpał parasole, dlatego
schroniliśmy się w kawiarence z szyldem „Padre Pio” i dopiero malutka filiżanka
kawy uzmysłowiła mi, że jestem jeszcze w San Giovanni Rotondo, a za dwadzieścia
minut wyruszymy w drogę powrotną i znów będziemy jechać po kamienistych
serpentynach, ale teraz ze znacznie lżejszym sercem.
Po powrocie do Polski przeczytałam biografię
Ojca Pio, kupiłam album dla przypomnienia sobie tego, co widziałam, bo wciąż
przyciąga moją uwagę i serce wspaniała postać Stygmatyka. Z radością odkryłam
też dwumiesięcznik „Głos Ojca Pio” i czekam na kolejny numer, aby znów pobyć
przez chwilę z Ojcem Pio, wśród doświadczeń innych osób.
Sam bym tego nie wymyślił Jan Budziaszek opowiada Cezaremu Sękalskiemu
Opowieść o
narodzinach wielkiej muzycznej pasji, spleciona z historią polskiego big
beatu i jazzu. To także świadectwo przemiany człowieka, który poszedł
raz w klapkach na pielgrzymkę i od tej pory zaczął realizować w życiu
scenariusz, którego - jak sam twierdzi, nie jest autorem.