Foggia. O godzinie 3 i pół zdobyłem miejsce w autobusie. Ciasno,
niewygodnie, ale nikt nie narzeka, bo większość jedzie do Ojca Piusa:
ofiarowaliśmy niewygody jako pokutę.
Dwie godziny i kwadrans jesteśmy w drodze. Okolicy prawie nie widzę, z
nikim nie rozmawiam, czasem tylko który z Ojców Kapucynów powie do mnie słówko
po łacinie i na tym koniec. Robię rachunek sumienia, bo przecież jadę do
lekarza dusz.
Wreszcie dotarliśmy do San Giovanni Rotondo, autobus stanął i resztę
drogi, jeden kilometr, robimy pieszo. Idziemy we czterech – ksiądz świecki,
kleryk w mundurze wojskowym, zacny Ojciec Gwardjan z Aemilo Regio i ja. Zaraz
za miastem rozpoczęliśmy odmawiać różaniec, a potem zabawialiśmy się pobożnymi
rozmowami.
Weszliśmy do kościoła, by podziękować Panu za szczęśliwe przybycie.
Kościółek ponury – ciemny, była to wprawdzie 7 wieczór. W klasztorze przyjęto
nas bardzo serdecznie i gościnnie. Klasztor większy niż Nowomiejski, korytarze
i celki sklepione.
Przy tym klasztorze jest tak zwana szkoła seraficzna, w której O. Pius
jest duchowym kierownikiem.
Widok z okienek klasztornych wspaniały. Klasztor zbudowany na pochyłości
góry, w dali widać morze.
Zmęczeni podróżą spoczęliśmy przy oknie i pół szeptem dzielimy się
wrażeniami.
Wtem ruch na korytarzu, w dali ukazała się postać młodego, szczupłego
zakonnika, wszyscy pośpieszyli na jego spotkanie, a więc i ja. Sądziłem, że to
ojciec Gwardjan nadchodzi. Dopiero, gdy mi rękę podał, poznałem, że to Ojciec
Pius, bo miał na rękach mitynki. Doznałem silnego wzruszenia. Przez kilkanaście
minut O. Pius rozmawiał z nami, a potem goście wędrowali po kolei do jego celi.
Wreszcie i ja poszedłem, wyspowiadałem się, chwilę tylko rozmawiałem, bo
zadzwonili na pacierze. Umówiłem się z Ojcami, że będę dnia następnego służył
O. Piusowi do Mszy Św.
Od wczesnego rana w kościele ruch. O. Pius już spowiada.
Włosi żywego temperamentu swego nie mogą poskromić nawet i w kościele i
nas Polaków razi ich zachowanie się w świątyni. W San Giovanni, cisza w
kościele kompletna, wszyscy się modlą i czekają cierpliwie, by otrzymać z rąk
O. Piusa Komunię Św.; a czekać muszą długo, bo O. Pius odprawia Mszę Św.
dopiero o 10-tej.
Przed 10-tą ubrani w komże czekaliśmy na przybycie celebransa, który
punktualnie o 10-tej był już ubrany i wtedy dopiero zdjął mitynki, zakrywając
jednocześnie dłonie rękawami alby.
Oprócz kilku księży znajdujących się przy ołtarzu było sporo osób w
kościele pogrążonych w modlitwie.
Jako usługujący do Mszy Św. byłem najbliżej celebransa i specjalną
zwracałem uwagę na ręce O. Piusa. Dopiero w czasie ofiarowania ujrzałem na
dłoni dużą ciemną plamę otoczoną różowym kółkiem, jak gdyby świeżo zaciągniętą
skórką.
Na zewnętrznej stronie ręki ujrzałem znacznie mniejszą bliznę.
Po Mszy Św. O. Pius wnet nałożył mitynki, gdym podszedł, by pocałować
jego rękę, uchyliłem mitynkę i ucałowałem w bliznę, uczułem wówczas
chropowatość blizny. Spodziewałem się, że O. Pius sfuka mnie ostro za to, ale
świętobliwy zakonnik uśmiechnął się tylko dobrotliwie.
Przed obiadem prawie pół godziny spędziliśmy w towarzystwie O. Piusa...
Miły, rozmowny, naturalny w obejściu się, od razu jedna każdego, kto się doń
zbliży.
Wieczorem O. Pius pobłogosławił mi różańce i medaliki.
Po przenocowaniu odprawiłem Mszę Św. i raniutko opuściłem gościnne mury
klasztoru.
Tekst pochodzi z czasopisma „Rodzina Seraficka” (R. 8: 1922, s. 42-43). Zachowano pisownię zgodną z oryginałem.
Wacław Rytel, w zakonie o. Wiator, urodził się 8 lipca 1883 roku w
Mojówce. Do Zakonu Kapucynów wstąpił 15 grudnia 1907 roku w Nowym Mieście.
Święcenia kapłańskie otrzymał 31 czerwca 1912 roku. Zajmował się Trzecim
Zakonem Świętego Franciszka i redagował czasopismo „Rodzina Seraficka”,
zasłynął jako kaznodzieja i misjonarz ludowy. 23 marca 1940 roku został
aresztowany przez Gestapo i osadzony na Zamku w Lublinie, następnie
przewieziony do obozów w Saschenhausen i Dachau, gdzie został zagazowany 12
sierpnia 1942 roku.
Sam bym tego nie wymyślił Jan Budziaszek opowiada Cezaremu Sękalskiemu
Opowieść o
narodzinach wielkiej muzycznej pasji, spleciona z historią polskiego big
beatu i jazzu. To także świadectwo przemiany człowieka, który poszedł
raz w klapkach na pielgrzymkę i od tej pory zaczął realizować w życiu
scenariusz, którego - jak sam twierdzi, nie jest autorem.